Obserwacje


3 minuty i 45 sekund


   Na całkowite zaćmienie Słońca jechałem "z duszą na ramieniu". Pamiętałem dobrze swoją nieudaną wyprawę w 1999 roku na Węgry, kiedy pogoda akurat w czasie fazy całkowitej zupełnie się popsuła i wtedy jedyne, co widziałem to tylko ciemność. Słabym pocieszeniem dla mnie wtedy był fakt, że - mimo wszystko - przebywałem w cieniu Księżyca.
   Teraz wybrałem się do Turcji z wycieczką organizowaną przez Krakowski Oddział PTMA. Miałem nadzieję, że w gronie wielu osób, które jadą tam właściwie tylko w jednym celu, wszystko się musi udać, i nawet gdyby coś poszło nie tak, to mając do dyspozycji autokar i zdeterminowanie wszystkich uczestników - jakoś poszukamy pogody.


   Miejscem planowanej obserwacji było miasteczko Side na Tureckiej Riwierze nad Morzem śródziemnym, leżące pośrodku pasa zaćmienia całkowitego. Tam zjawisko miało trwać ok. 3 minuty i 45 sekund. Dużo dłużej niż na Węgrzech. Dojechaliśmy tam dzień wcześniej, mieliśmy więc dużo czasu nie tylko by zwiedzić tamtejsze starożytne, malownicze ruiny, ale przede wszystkim wybrać odpowiednie miejsce na stanowisko obserwacyjne. Na plaży i okolicznych wydmach było dość przestrzeni dla wszystkich. A miasto przeżywało oblężenie. Mnóstwo miłośników astronomii i tych nie-miłośników, a po prostu ciekawych tego zjawiska. Wszyscy z aparatami, różnej wielkości obiektywami, teleskopami, zaopatrzeni w filtry słoneczne, specjalne okulary zaćmieniowe, ubrani w okolicznościowe koszulki, mówiący wszystkimi językami. Do tego jeszcze wiele ekip telewizyjnych z wozami transmisyjnymi do bezpośrednich relacji satelitarnych. Były m.in. ekipy NASA i CNN. To nas bardzo uspokoiło - oni chyba najlepiej wiedzą, gdzie będzie bobra pogoda.
   Wyraźnie czuć było napiętą atmosferę. Wszyscy myśleli i mówili tylko o jednym - jak to będzie jutro, na co trzeba zwracać uwagę, czym robić zdjęcia, jakie efekty towarzyszą zaćmieniu, skąd przyjdzie cień, czy będzie ciemno, jak będzie ciemno, czy będzie widać Wenus i Merkurego... Niektórzy szczęśliwcy wspominali widziane przez nich wcześniej zaćmienia. Tych słuchaliśmy z zazdrością.
   Moim priorytetem było zrobienie zdjęć. Zabrałem ze sobą Prakticę BX20 z dużym drewnianym statywem, do niej obiektyw Rubinar o metrowej ogniskowej, jako drugi aparat - głównie do fazy częściowej - stary Zenit, także obiektyw szerokokątny do zrobienia paru widoczków horyzontu w czasie zaćmienia, w zapasie miałem jeszcze mały turystyczny aparat cyfrowy SONY. No i oczywiście tradycyjne filmy - Fuji 200.
   I wszystko się udało.
   Pogoda idealna. Jakieś drobne chmurki przy horyzoncie nie wzbudzają w nas żadnego niepokoju. I słusznie - im bliżej zaćmienia tym staje się ich mniej. Zajmujemy stanowiska już kilka godzin przed zaćmieniem. Wcale nie jesteśmy pierwsi. Większość pagórków jest już zajęta.
   Na wydmy schodzi się coraz więcej ludzi. Przychodzą całymi grupami, a każdy dźwiga swój sprzęt na plecach. Zaczęło się. Na razie faza częściowa.
   Napięcie rośnie.
   Faz 0,5. Wszystko w porządku, niebo czyste, już wiemy, że nic nie przeszkodzi nam w obserwacji fazy całkowitej. Mimo to napięcie rośnie.
   Faza ok. 0,75. świat wokół zaczyna się zmieniać. Wydaje się, że Słońce świeci tak samo, ale widać wyraźnie, że "coś jest nie tak". Piasek na plaży staje się jakiś bardziej szary, cienie bardziej wyraziste. W ogóle wokół robi się jakoś tak bardziej spokojnie, tylko ludzie stają się coraz bardziej podekscytowani. Do mnie, do innych osób ustawiają się kolejki chcących spojrzeć na Słońce przez teleskop.
   Faza około 0,9. Już możemy patrzeć na Słońce bez okularów, bez filtrów. Jest wyraźnie ciemniej. Już nikt nie siedzi na piasku, wszyscy w napięciu stoją i oczekują na ten moment. Wszystko gotowe - aparat nastawiony, kamera już włączona sama kręci film. Dopadam wizjera mojej Praktici. Jeszcze widać wyraźny rąbek, jeszcze chwila. Już nie odrywam wzroku od aparatu. Zaczynam robić zdjęcia. Resztki Słońca w szybkim tempie znikają za przesuwającą się tarczą Księżyca. Niebo staje się jeszcze ciemniejsze. Już widać koronę.
   I jest! Zaczęło się! Słońce znikło! Nagle, w ciągu zaledwie paru chwil wszystko się zmienia, ale ja nie mogę oderwać wzroku od aparatu. Ciągle robię zdjęcia. Słyszę tylko jak ludzie wokół krzyczą z zachwytu, klaszczą jak by byli na przedstawieniu w amfiteatrze, zanurzają się w tę ciemność. Jest to chwila niezwykła, wiem, że jestem teraz czwartym ciałem - poza Słońcem, Księżycem i Ziemią - znajdującym się dokładnie w jednej linii prostej, ale do mnie to nie dociera. Robię zdjęcia. Zmieniam tylko czas otwarcia migawki, wszystko na wyczucie, nie mogę odczytać napisów na aparacie - jest przecież ciemno.
   Dość! Na razie wystarczy! Podnoszę się, by spojrzeć na świat własnymi oczami i ...oniemiałem z wrażenia. Jest rzeczywiście ciemno, tylko przy samym horyzoncie pasek jaśniejszej poświaty. W miejscu Słońca - czarny krążek. I przepiękna korona. świat, który nagle stracił blask - zyskał coś nieprawdopodobnie pięknego. Widok korony słonecznej nie da się z niczym porównać. Bo z czym można porównać piękno? Tylko z innym pięknem, ale tego właśnie nie da się z niczym porównać. To jest coś absolutnie wyjątkowego. Zjawisko astronomiczne, które dzieje się gdzieś daleko, a my tylko obserwujemy je z ziemi, a właśnie na ziemi dzieją się wtedy niezwykłe rzeczy. Czuję chłód. Temperatura wyraźnie się obniżyła. Widzę, że niektórzy nawet włożyli na siebie coś cieplejszego. Na niebie pojawiły się drobne pasemka chmur. Nie pojawiły się - dopiero teraz stały się one widoczne. Oświetlone w jakiś dziwny sposób prezentują się niesamowicie. Nagle zauważam ją. Jest bardzo jasna i dziwne, że wcześniej nie rzuciła mi się w oczy - Wenus. Aż krzyknąłem z wrażenia. Obok niej widoczny był też Merkury, ale o tym dowiedziałem się później. Po prostu zabrakło czasu, aby wszystko dojrzeć. To zupełnie nieprawdopodobne zjawisko. Stoję tak całkowicie osłupiały na tym innym świecie, rozglądam się wokoło i mam wrażenie, że dzieje się coś nierzeczywistego, coś absolutnie "nieziemskiego". Wielki spektakl na niebie. Przypominam sobie o drugim aparacie. Robię jeszcze trzy zdjęcia ogólne "z ręki". O cyfrowym już w ogóle nie pamiętam, bo oto nagle uświadamiam sobie, że zaćmienie już się kończy. Już?! Przecież miało trwać prawie cztery minuty! A przecież minęła dopiero chwila! Dopadam więc znów mojego aparatu i niemal na oślep zaczynam pstrykać. Po chwili ponownie pojawia się blask Słońca. Za moment świat znów nabierze swoich zwyczajnych kolorów. Emocje, które przez cały ten czas utrzymywały maksimum, teraz znajdują ujście w postaci powtórnych oklasków. Należały się! Czegoś podobnego nigdy nie widziałem, nie przeżyłem i było to absolutnie rewelacyjne wydarzenie.
   Dopiero teraz uświadamiam sobie, że zaćmienie obserwowałem ...na klęczkach. Tak mi było wygodniej - nie musiałem pochylać się nad aparatem, ale teraz wiem, że to była najwłaściwsza pozycja - piękno tego zjawiska po prostu "rzuca na kolana". Nadmiar wrażeń, przesyt emocji, które skumulowały się w tych trzech minutach i czterdziestu pięciu sekundach sprawiły, że kręcąc film z zaćmienia ...zapomniałem skierować obiektyw kamery na Słońce. Taka myśl nie przyszła mi do głowy. Mam więc film z zaćmienie bez widoku zaćmienia. Jak można coś takiego nie dopilnować - nie da się racjonalnie wytłumaczyć. Tylko ktoś, kto widział zaćmienie na własne oczy, kto uczestniczył ciałem i duszą w tym zjawisku potrafi ten błąd zrozumieć i wybaczyć.
   I natychmiast każdy każdemu, jeden przez drugiego zaczyna opowiadać swoje wrażenia. Na razie dość bezładnie, nieuporządkowanie, to co się komu przypomni. Dopiero znacznie później przyjdzie czas na pełniejsze refleksje. I natychmiast każdy zaczyna myśleć i zadawać pytanie: kiedy będzie następne zaćmienie? Chcę je znów zobaczyć!

Wiesław Krajewski




powrót

do góry

© Adam Kisielewicz 2002-2018 by PTMA Lublin